Make your own free website on Tripod.com

Detektyw na niby

PIOTR KRYSIAK

Zrodlo: www.trybuna.com.pl

W kwietniu opublikowaliśmy serię artykułów dotyczących specyfiki działalności najbardziej znanego detektywa w Polsce.

Wówczas policja wszczęła kilkanaście postępowań w sprawach, jednak do dziś żadne z nich się nie zakończyło. Krzysztof Rutkowski dobrze o tym wiedział i szukał schronienia. I znalazł je pod osłoną immunitetu poselskiego.

Zasiadł w Sejmie otoczony nimbem niezwykle skutecznego detektywa. Tymczasem prawie wszystkie medialne sukcesy Rutkowski zawdzięcza polskiej policji. Część funkcjonariuszy, którzy - jak wszyscy wiedzą - nie zarabiają najlepiej, często korzysta z jego kieszonkowego i w zamian przekazuje cenne informacje.

Fragmenty kariery detektywa
Wykrycie tego procederu związane jest z tym, że Rutkowski i jego pracownicy poruszali się samochodami z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi. Podczas jednej z akcji doszło do wypadku drogowego.

- 30 listopada 2000 r. w miejscowości Strzegowo koło Mławy dodge ram van zderzył się z ciężarowym mercedesem. Pierwszym samochodem jechali pracownicy Biura Detektywistycznego "Rutkowski", Sławomir P. i Jakub S. Ciężko ranny Jakub S. trafił do szpitala. Na miejsce przyjechała policja. Zaintrygowani zagranicznymi tablicami policjanci postanowili dokładnie sprawdzić dodge'a. Auto nie miało przeglądu, a tablice były fałszywe. Po wielu sprawdzeniach okazało się, że Rutkowski odebrał samochód z parkingu policyjnego w Kozienicach, by go oddać właścicielowi - obywatelowi Holandii. Tak się jednak nie stało, Rutkowski wykorzystywał auto do działań operacyjnych - mówi nasz informator.

Jak się dowiedzieliśmy, Jakub S. do dziś ma problemy ze zdrowiem, a Rutkowski nawet nie myśli o odszkodowaniu. A powinien, bo ZUS go nie wypłaci, gdyż samochód nie był ubezpieczony. W trakcie zbierania dziennikarskiego materiału dotarliśmy do zakładu, który produkował dla Rutkowskiego fałszywe tablice, np. do wspomnianego dodge'a. Zrobił ich kilkadziesiąt. Dostaliśmy dokumenty - zamówienia sporządzone przez Rutkowskiego. Częściej jednak detektyw zlecał wyrobienie tablic swoim pracownikom.

- W trakcie śledztwa właściciel zakładu opowiadał nam, że wielokrotnie uprzedzał Rutkowskiego, że tablic nie wolno wykorzystywać do jazdy autem. Ale Rutkowski nie przyjmował tego do wiadomości. Właścicielowi zakładu postawiono zarzut - mówi jeden ze stołecznych policjantów. - Rutkowski znowu się wyślizgnął - dodaje. - Wie pan co, ja w ogóle nie chcę mówić o tym typie. On nam spieprzył kilka spraw. Wchodził do komendy bez przepustki, bez niczego, na gębę. Kiedyś komendant się wkurzył i kazał go wyprosić z Pałacu. Poza tym wlepiliśmy mu mandat za parkowanie na "koronie".

WierzchoŁek góry lodowej
Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Rutkowski ubezpieczał swoje auta telefonicznie. Znał kilku ubezpieczycieli na przejściu granicznym. Jak pisałem już w "TRYBUNIE", w kwietniu br., powołując się na Biuro Detektywistyczne "Rutkowski", zatelefonowałem do ubezpieczyciela i... ubezpieczyłem przez telefon nieistniejące auto. Obiecałem, że pieniądze prześlę kurierem. W całym kraju samochodami z takim ubezpieczeniem i fałszywymi tablicami jeździło do kwietnia br. kilka, m.in. w Bielsku-Białej mercedes 190, który Rutkowski użyczył swojej przyjaciółce.

Krzysztof Rutkowski na konferencji prasowej wyjaśniał w kwietniu, że wykonuje wiele działań i nie wszędzie musi się stawiać osobiście. To nic takiego, że ubezpiecza przez telefon. - Przecież nie jestem zwykłym Kowalskim - przekonywał Rutkowski.

Choć Biuro Detektywistyczne nie ma prawa inwigilowania ludzi, Rutkowski nic sobie z tego nie robił. Na początku tego roku detektyw otrzymał zlecenie znalezienia kompromitujących kwitówĘna prezesa Plus GSM Władysława B. Pracownicy Rutkowskiego od razu podjęli obserwację prezesa. Robili zdjęcia, jeździli za nim. 30 marca br. Władysław B. został odwołany z funkcji, a Rutkowski zainkasował kilkanaście tys. zł.

Po naszych kwietniowych publikacjach wszczęto wewnętrzne postępowania wobec kilku funkcjonariuszy policji, którzy współpracowali z detektywem. Z pracą pożegnał się Robert S., ps. "Halski", który oskarżył mnie o ujawnienie jego danych personalnych. Dziś po raz kolejny jestem wzywany w tej sprawie do prokuratury. "Halski" brał udział w wielu sprawach prowadzonych przez Biuro. M.in. na zlecenie Rutkowskiego, posługując się legitymacją służbową, przesłuchiwał podejrzanych, podejmował obserwację.

- To nieudacznik i konfabulant. Piaseczyńska prokuratura przedstawiła mu zarzut obietnicy wręczenia korzyści majątkowej. Komendant po tych artykułach zabronił "Halskiemu" wchodzić do stołecznego stanowiska kierowania. Ten facet zdefraudował pieniądze z funduszu "Zero". Wykorzystywał panie z telefonicznej infolinii, żeby jemu przekazywały informacje od mieszkańców. To dlatego miał kilka sukcesów. Zawsze jednak zastanawiające było, że "Halski" odzyskał skradziony pojazd, ale po złodzieju nie było śladu. I tak kilka razy - mówi oficer KSP.

Zaliczki bez opodatkowania
Kilka lat temu Rutkowski zasłynął z odnajdywania dużej ilości skradzionych pojazdów. Do jego biura od tamtego czasu nieustannie dzwoniły telefony poszkodowanych Polaków, którym ktoś zabrał auto. Wiedząc o skuteczności detektywa prosili go o pomoc. Co robił Rutkowski?

- Od każdego zgłoszenia skradzionego samochodu Rutkowski żądał wpłaty zaliczki 360 zł., a od ciężarowego ponad 700 zł - mówi nasz informator. - W ten sposób uchylał się od płacenia podatków, bo od zaliczek nie płaci się go. Najgorsze jest jednak to, że wpisywał samochód do bazy i potem nic z tym kompletnie nie robił. W kwietniu w tej bazie było prawie 5 tys. pojazdów do odnalezienia. Ale on nie podjął czynności, żeby którykolwiek odzyskać, a łatwo policzyć, ile na tym zarobił. Pieniądze od razu wymieniał na walutę i wywoził do Austrii. Miał znajomych celników, którzy niespecjalnie go kontrolowali - kontynuuje nasz informator.

Ale przecież wielokrotnie media, w tym "TRYBUNA", rozpisywały się o spektakularnych akcjach Rutkowskiego. O odzyskiwaniu pojazdów, likwidowaniu grup przestępczych... - No tak. Ale gdyby nie wiedza operacyjna polskiej policji i kontakty policjantów to Rutkowski g... by zrobił - twierdzi jeden z jego pracowników. - Osobiście nie odzyskał żadnego pojazdu. Zawsze było tak, że dzwonili do niego funkcjonariusze i mówili, że znaleźli skradzione auto, najczęściej bmw. Rutkowski pytał o numery nadwozia. Jeśli auta nie było w jego bazie, to prosił policjantów o ustalenie danych personalnych i telefonu do właściciela pojazdu. Następnie kontaktował się z nim i mówił, że odnalazł auto, ale trzeba mu za to zapłacić.

Showman
- Nie warto o nim mówić - mówi oficer Komendy Głównej Policji. - Spieprzył nam kilka spraw. Wiemy, że to wina niektórych policjantów, którzy połaszczyli się na te jego parę groszy. Ile razy było tak, że mieliśmy robić realizację, a Rutkowski zjawiał się na miejscu kilkadziesiąt minut wcześniej i wszystko chrzanił.

- Dobrze wiesz, jak on działa. Jak widzi kamerę, to dostaje orgazmu. Wielokrotnie dzwonił do mnie przed działaniami i prosił, aby przysłać fotoreportera - wspomina jeden z dziennikarzy "Super Expressu".
- Pamiętam, jak zatrzymywał jakiegoś gangstera pod Warszawą. Przestępca był od niego dwa razy większy. Dopóki nie było mediów, to siedział ukryty w samochodzie. Jak tylko się pojawiliśmy się z kamerą, wyskoczył z samochodu i biegł w stronę przestępcy. Złapał go za kołnierz i prowadził do samochodu. To błazen i showman - dodaje reporter TVN.

Policjanci coraz rzadziej chcą współpracować z Rutkowskim. Po pierwsze się go wstydzą, a po drugie nie mają już do niego zaufania. Jednak w dalszym ciągu sprawdzenia osób dokonuje dla niego kilku funkcjonariuszy komendy stołecznej.

Kserokopie i oryginały
Jak to się robi? - Rutkowski zwraca się do któregoś policjanta o sprawdzenie Kowalskiego. Czy był karany, czy przewija się w policyjnych kartotekach, gdzie mieszka itd. Policjant ten sprawdza delikwenta, a następnie - aby go o nic nie podejrzewać - wydruk kseruje i oddaje pracownikowi Biura, zaś oryginał podpina do akt prowadzonej przez siebie sprawy. Właściwie jest to nie do udowodnienia - twierdzi nasz rozmówca.

Trudno byłoby przypomnieć wszystkie afery Rutkowskiego. Ponieważ policjanci deptali mu po piętach, ukrył się za immunitetem, jak kilku innych posłów Samoobrony. Po kwietniowych publikacjach detektyw straszył, że mnie pozwie do sądu. Jakoś mu przeszło. A może uznał, że nie potrafiłby udowodnić, że wcale tak nie działał, jak to opisywałem i opisuję?

Nie to jest jednak najważniejsze. Sądzę, że powinien mieć uchylony immunitet, aby można było do końca wyjaśnić sprawy sposobów jego działania, które nie licują z godnością wykonywanego zawodu detektywa. Po prostu przekraczają prawo.